2012.07. DM Źródło na Ukrainie

 

 W naszym codziennym życiu są dni intensywnej  i zazwyczaj monotonnej pracy. Jednakże bywają też dni wolne od wszelkiej pracy fizycznej czy umysłowej. Przez cały rok z utęsknieniem każdy z nas czeka na wakacje. Ten właśnie czas wolny w ciągu całego roku darzymy szczególną sympatią. Jest to dla wielu z nas czas odpoczynku od pracy zawodowej oraz nauki szkolnej. Podczas tegorocznych wakacji miałam możliwość spędzenia siedmiu dni na Ukrainie. Podróż rozpoczęła się w Lesznie, skąd mieliśmy wyruszyć pociągiem w kierunku Wrocławia. Była to dość wczesna pora, dlatego niewyspani z trudem oczekiwaliśmy na przyjazd transportu. Wykorzystując chwilę czasu, postanowiliśmy usiąść w poczekalni, gdzie usłyszeliśmy wspaniałą wiadomość-pociąg opóźniony… Od rana i już pod górkę. Ksiądz uświadomił nas, że jeśli będzie opóźniony o 2 godziny to nasza podróż zakończy się w Lesznie, gdyż nie zdążymy na kolejny pociąg we Wrocławiu. Wtedy lekko podenerwowani, wymęczeni i zaspani z wielką nadzieją spoglądaliśmy na swoje zegarki. Kiedy nadjechał tyle wyczekiwany pociąg, oczy otwarły się nam szeroko i pojawiła się w nich wielka radość. No i ruszyliśmy w drogę. Wtedy to właśnie okazało się, że jedna uczestniczka- Alicja nigdy nie jechała jeszcze takim środkiem transportu, dlatego już od samego początku czekało ją sporo atrakcji. Jechaliśmy pociągiem sypialnym, więc dzięki tej formie podróży, mogliśmy odpocząć. Podróż trwała dość długo, ponieważ dużo czasu zabrała wymiana kół pociągu w Przemyślu przed przekroczeniem granicy. Myślę, że większość z nas obawiała się kontroli celników, ja również. Po długim oczekiwaniu udało nam się przejść odprawę paszportową po stronie ukraińskiej. Kiedy celnicy weszli do przedziału, w którym się znajdowałam, tętno miałam przyspieszone i tak się stało, że moją walizkę skontrolowali. No ale cóż, otworzyłam swój bagaż, tak jak mnie poproszono. Widząc pełną walizkę ubrań, którą ledwo w domu zapięłam, kobieta spytała na ile jedziemy. Gdy usłyszała, że tylko na 10 dni była zdziwiona, bo zabrałam z sobą pół szafy. Wjeżdżając na Ukrainę musieliśmy przestawić zegarek jedną godzinę do przodu. Podróż pociągiem zakończyła się w nocy następnego dnia. Wysiedliśmy we Lwowie. Zachwycił mnie widok tamtejszego dworca PKP. Wyglądał jak pałac. Jakby nam było mało wrażeń, musieliśmy nockę przeczekać w poczekalni na dworcu, by z samego rana, pojechać do celu naszej podróży-Kamieńca Podolskiego. Kiedy nadszedł czas wyruszenia autobusem do tego miasta, ks. Artur poinformował nas, że z Lwowa do Kamieńca jest jakieś 60 km. Dlatego ucieszyliśmy się na wiadomość o krótkiej podróży. Do celu dotarliśmy po 5 godzinach. Zastanawialiśmy się, jak to możliwe, że jechaliśmy 5 godzin 50 km? Okazało się, iż jechaliśmy jakieś 300 km. Na miejscu czekał na nas smaczny obiad. Mieszkaliśmy w zakonie franciszkanów. Zwiedzanie Kamieńca Podolskiego rozpoczęliśmy od Zamku. Jedynym połączeniem twierdzy z miastem jest most Turecki, skąd nocą podziwialiśmy piękne oświetlony zamek. Wrażenia są niezapomniane. Następnego dnia udaliśmy się na spacer dróżką, która zaprowadziła nas nad rzekę, nad którą przeszliśmy ruchomym mostem. W pobliżu znajdowała się także niewielka Cerkiew, do której udało nam się wejść. Dziewczyny nie mogły zwiedzać bez nakrycia głów, dlatego otrzymałyśmy chusty, w których bardzo zabawnie wyglądałyśmy. Podczas pobytu w Kamieńcu Podolskim udaliśmy się na Rynek, który ks. Artur nazywa Czarnym Rynkiem, na którym odbywa się handel. Jest to ogromny plac, gdzie można kupić dosłownie wszystko. W drodze powrotnej z Rynku musieliśmy zrobić zakupy, a więc zatrzymaliśmy się przy jednym ze sklepów. Kiedy mieliśmy już wchodzić ks. Artur zaproponował, abyśmy tym razem my spróbowali zrobić zakupy. Jeden na drugiego patrzył i zastanawialiśmy się czy Ksiądz przypadkiem nie żartuje, nikt z nas praktycznie nie znał języka oprócz ks. Artura i Mariusza. Ale mimo wszystko znalazł się odważny-Michał. Wszyscy weszliśmy do sklepu. Na początku całkiem nieźle mu szło. Michał miał też kupić sos TarTar, kiedy sprzedawczyni zapytała co podać, kolega odpowiedział Tratan. Słysząc to, kobieta za ladą o mało nie padła ze śmiechu. Rozbawieni zakupami wróciliśmy do miejsca zamieszkania a Michał został Super Tratanem. Ze względu na to, iż udało nam się zaoszczędzić nieco pieniędzy, po długich obliczeniach i przemyśleniach, pojechaliśmy do Kijowa, stolicy Ukrainy. Ale nie doszłoby to do skutku, gdyby nie nasz Skarbnik-Mariusz, który dysponował naszymi wspólnymi pieniędzmi. Został nazwany nawet „Żydem”, ponieważ rozliczał nas z każdej hrywny. Aby dostać się do Kijowa musieliśmy najpierw pojechać pociągiem-elektryczką do Chmielnickiego, a następnie do Kijowa. Kiedy popołudniu dotarliśmy do stolicy, po opuszczeniu dworca PKP musieliśmy znaleźć jakieś miejsce noclegu. W tym celu ks. Artur poszedł na poszukiwanie „ciotki”, która wynajęłaby dla nas jakieś niedrogie mieszkanie. Na drogach ciągle był spory ruch. Po Kijowie poruszaliśmy się  podziemną kolejką- metrem. Mieszkańcy nie wyobrażają sobie miasta bez tego środka transportu. Ponadto to właśnie w Kijowie znajduje się najgłębiej położona stacja metra na świecie – Arsenalna, na głębokości 105 metrów pod ziemią. Pomimo deszczowej pogody każdy dzień w Kijowie przeznaczaliśmy na poznawanie jakże dużego miasta. W stolicy udało nam się zwiedzić stadion narodowy, znajdujący się blisko centrum miasta. W niedzielę mieliśmy także możliwość uczestniczenia w Mszy Św. odprawionej w języku polskim. Kiedy skończyły się nam środki pieniężne czas było wracać do Polski. Z kupnem biletów powrotnych były dość spore problemy, ale dzięki negocjacjom ks. Artura wszystko się udało. W nocy przemierzaliśmy trasę Kijów- Lwów pociągiem sypialnianym, tzw. plackartą. Dojazd do Lwowa zaplanowany był na wczesne godziny poranne, a następnie pociągiem wyruszyliśmy prosto do Wrocławia, skąd odebrało nas dwóch kierowców i zawieźli do Gostynia. Na miejscu pożegnaliśmy się i zakończyliśmy wyjazd. W trakcie pobytu na Ukrainie, zwracałam uwagę na życie tamtejszej społeczności. Ludzie są bardzo życzliwi, nie spotkaliśmy się z żadnym przejawem niechęci wobec Polaków. Kilka pierwszych godzin w Kamieńcu Podolskim było czasem przyzwyczajania się do ruchu ulicznego. Nie należy tam liczyć, że jeśli kierowca będzie miał do wyboru: zwolnić albo nas przejechać to wybierze “zwolnić”. Częste jest wymuszanie pierwszeństwa. Ludzie przechodzą przez ulicę na czerwonym świetle lub w ogóle w dowolnych miejscach. Analogicznie, samochody też przejeżdżają na świetle czerwonym dla siebie i zielonym dla pieszych. Nawet na wąskich, brukowych uliczkach niektórzy potrafią osiągać trzycyfrowe prędkości. Na Ukrainie niestety nadal panuje bieda. Pomimo tego, miasta ukraińskie zachwyciły mnie swym urokiem. Wróciłam do domu zadowolona, ponieważ czas wspólnie spędzony był bardzo owocny. Zdobyliśmy dużo nowej wiedzy naszych wschodnich sąsiadach i o sobie nawzajem.

Ania M.

Dodatkowe informacje