Waqkacje w kajaku

1 lipca grupa młodych ludzi wczesnym rankiem zebrała się pod wikariatem.. Wszystko to za sprawą wyjazdu mającego rozpocząć wakacje Duszpasterstwa „Źródło”. Ten wtorkowy dzień chcieliśmy spędzić aktywnie i na świeżym powietrzu, więc postanowiliśmy udać się na spływ kajakowy Doliną Baryczy. Po zapakowaniu plecaków do samochodów, ruszyliśmy w drogę. Po ponad godzinnej podróży dotarliśmy na miejsce. Tam pan Radek - właściciel kajaków wytłumaczył nam wszystkie zasady, których powinniśmy przestrzegać, by nikomu nic się nie stało.. W oka mgnieniu pierwsza para wsiadła do kajaka i wypłynęła na „głęboką wodę”. Na kajakowym szlaku mogliśmy spotkać wielu wędkarzy, podziwiać piękno otaczającej nas przyrody. W międzyczasie mieliśmy krótkie postoje, by każdy mógł zaspokoić głód i nabrać nieco energii na kolejny odcinek. Po kilku godzinach wiosłowania dopłynęliśmy do miejsca, w którym mieliśmy przenieść kajaki na inny zbiornik. Wyciągnięcie kajaków z rzeki nie było takie łatwe, jakby mogło się wydawać. 3 osoby wpadły do znajdującego się tam błota. Po przeniesieniu kajaków kontynuowaliśmy swoją podróż, by odnaleźć wysepkę, na której mieliśmy mieć ognisko. Po niedługim czasie wiosłowania ukazał nam się znajomy widok. Było to miejsce, w którym nasza podróż miała dobiec do końca i gdzie czekało na nas ognisko. Wspólnie usmażyliśmy kiełbasy, a następnie ruszyliśmy w drogę powrotną. Pomimo zmęczenia, wróciliśmy z uśmiechami na twarzy. Wspólnie stwierdziliśmy, że nie był to nasz ostatni spływ kajakowy.

20 sierpnia postanowiliśmy powtórzyć naszą kajakową przygodę. Tak samo jak za pierwszym razem rano w dobrych humorach, z nadzieją na nowe przygody wyruszyliśmy w drogę. Po dotarciu na miejsce udaliśmy się do znajdującego się nieopodal lasu, gdzie mogliśmy podziwiać przeogromny dąb. Wspólnymi siłami spróbowaliśmy go objąć - co się nam skutecznie udało. Później przyszedł czas by wsiąść w kajaki i wypłynąć w nieznaną podróż. Wspólna droga minęła na licznych rozmowach, żartach. Nawet nie spostrzegliśmy się, że przepłynęliśmy już połowę zaplanowanej trasy. Gdy zgłodnieliśmy, postanowiliśmy się zatrzymać w pobliskim lesie, by coś zjeść. Jak się później okazało, żeby móc zjeść kiełbasy, musieliśmy sami rozpalić ognisko. Po wspólnym zebraniu drzewa, zabraliśmy się za rozpalanie ognia. Po licznych próbach wreszcie poszła ta „właściwa iskierka”,  dzięki której rozpaliliśmy ognisko. Gdy wszyscy zapełnili swoje żołądki, mogliśmy kontynuować naszą przygodę. W dalszej drodze mieliśmy okazję podziwiać pamiętne „błotne miejsce” z poprzedniego wyjazdu – tym razem nikt nie zażył błotnej kąpieli.. Po kilku godzinach dotarliśmy do kresu naszej podróży. Zasmuceni faktem, że to już koniec, a zarazem bogatsi o nowe doświadczenia wróciliśmy do swoich domów.

Dodatkowe informacje